Pieniądze szczęścia nie dają?

Hmm, czy szczęście różnych osób jest w ogóle porównywalne? Jak – dajmy na to – ja mogę ocenić swój poziom szczęścia, skoro znam tylko jedno jedyne, swoje własne szczęście i nie mam pojęcia, co naprawdę czują inni? Przeważnie każdy człowiek jest w jakimś stopniu szczęśliwy (adaptacja przystosowawcza), ale konia z rzędem temu, kto trafnie określi, czy jest bardziej czy mniej szczęśliwy niż kolega z pracy, sąsiad, nawet mąż czy żona. A rzetelna ocena musi się wiązać z porównywaniem – w przeciwnym wypadku jest tylko bezrefleksyjnym zakreślaniem odpowiedzi na podstawie pierwszej myśli, jaka wpadnie do głowy.

Z tego, co mi wiadomo, większość badań nt. szczęścia prowadzi się metodą samoopisową, tzn. pyta się jedną osobę np. o typowy nastrój, drugą, trzecią itd. Jeśli ta pierwsza oceni swój nastrój niżej na skali Likerta, tzn. że jest mniej szczęśliwa niż ta, która oceniła go wyżej. Podobnie z innymi cechami. Czy to jest miarodajne? A może czyste złudzenie, że robimy jakieś badania, bo mamy jakiś wynik… Osobną rzeczą jest kwestia różnić indywidualnych – dla jednego 7,5 tys. dolarów rocznie da dużo szczęścia (bo np. potrafi sensownie wykorzystać te pieniądze), a dla drugiego nawet 75 tys. da mało (gdy nie będzie wiedział, co z tymi pieniędzmi zrobić). A jeszcze gdyby dodać chwilowy nastrój pod wpływem jakiegoś wydarzenia, który może bardzo zniekształcać wyniki, środowisko, z jakim się porównujemy (nie przez przypadek zawsze jako najbardziej szczęśliwe wypadają społeczeństwa egalitarne) i wiele innych cech…

Zgodzę się tylko z jednym, ostatnim zdaniem z artykułu: „Dlatego można przypuszczać, iż pieniądze są koniecznym, ale niewystarczającym warunkiem osiągnięcia szczęścia.” Wbrew „mądrości” ludowej, że pieniądze szczęścia nie dają, czasem dają one szczęście, ale ich brak – nigdy.